24 maja 2016

Peloponez: maj 2016 - podwyżki cen wstępów w całej Grecji

Rząd grecki pod koniec ubiegłego roku podjął decyzję, która weszła w życie z dniem 1 kwietnia 2016 r. Rzecz dotyczy podwyżek cen biletów wstępu do wszystkich atrakcji, wykopalisk i zabytków podległych greckiemu ministerstwu kultury. I tak na naszej trasie: Delfy 12€ (z 9€), Ossios Loukas z 3 na 4€, Akropol z 12 na 20€ (pięciodniowy karnet obejmujący 6 terenów archeologicznych w Atenach kosztuje 30€ zamiast 12€), Starożytny Korynt 9€, Mykeny 12€, Epidauros 12€ (z 6€), Mistra 12€ (z 5€), Olimpia 12€). Zniżki dla dzieci i młodzieży do 18 r.ż pozostały bez zmian (wstęp wolny), a dla seniorów powyżej 65 r.ż. 50% lub mniej.

Wróciłam właśnie z rytualnego dorocznego objazdu Peloponezu. Jak co roku, w świetnym towarzystwie 35 indywidualistów płci obojga, co rusz rozbłyskujących humorem, historiami i bogactwem swych osobowości. Jak co roku, w "rozbiegu" przed Peloponezem odwiedziliśmy Meteory, Delfy, Ossios Loukas i Ateny.

Meteory w wiosennej szacie - widziane z wioski Kastraki


W Meteorach powitała nas uroczysta niedzielna cisza, słońce i barwny kobierzec kwiatów. Wspięliśmy się do monastyru Agias Triados, stosunkowo rzadko odwiedzanego przez turystów. W kwestii opłat za wstęp nic się nie zmieniło (3€). Przyjemną niespodzianką była misa słodkiego loukoumi, którym przywitał nas furtianin. Klasztor w dużej części odbudowany w ostatnim czasie, zachował stareńki, malutki katholikon pokryty szczelnie oryginalnymi bizantyjskimi malowidłami. W pewnej chwili z głębi zabudowań wyłonił się jedyny zakonnik zamieszkujący w tej chwili klasztor. Wysoki, smukły mnich w średnim wieku, o twarzy jak z malowideł i długich czarnych włosach, pozdrowił nas przyjaźnie i poszedł w swoją stronę. Na terenie monastyru jest jeszcze maleńka jak domek dla lalek kaplica po lewej stronie tuż przy wejściu. Ona także pokryta jest szczelnie bizantyjskimi freskami w ciemnych tonacjach. Największą atrakcją monastyru św. Trójcy są bez wątpienia widoki na całe Meteory i Kalambakę, rozpościerające się ze skały, na którą prowadzi chodnik z górnego dziedzińca klasztornego.

Wioska Kastraki z Meteorami w tle: niezwykłe światło tuż przed zachodem słońca
Po wizycie w Meteorach pojechaliśmy na nocleg do wioski Kastraki. Śliczny, zadbany hotel Meteoritis zaskoczył nas wieczorną ucztą, jaką dla nas przygotowano w postaci przebogatego szwedzkiego stołu z zupą, kilkoma rodzajami sałatek, dodatków, mięs, owoców i deserów. Po tak obfitej kolacji nie pozostało nam nic innego, jak pójść na spacer do stóp Meteorów. Ponad wioską Kastraki biegnie droga wśród ostańców skalnych. W jednym miejscu odchodzi od niej trakt zamknięty bramą bez ogrodzenia. Omijamy więc bramę i wchodzimy do środka.

Agios Nikolaos Bandovas - z dala od wydeptanych szlaków.
Wśród śpiewu słowików dochodzimy do sielskiego ogrodu u stóp wykutych w skałach, nie udostępnionych do zwiedzania klasztorów Agios Nikolaos Bandovas i Agios Antonios. Wszędzie pełno ziół i kwiatów - pani Maria namierza przypadkiem wspaniałą smoczą lilię... Na platii w wiosce Kastraki chłopcy kopią piłkę; przytulne tawerny i kafejki wokół rozbrzmiewają wieczornym gwarem.

...nie mogłam się powstrzymać
Na drugi dzień rano wyruszamy do Delf. Przy kasie wykopalisk czeka nas niespodzianka: podwyżka cen biletów. Z 6/9 € na 12€. Kiedyś można było kupić bilet na same wykopaliska (6€), teraz wyłącznie karnet łączony z muzeum (świetnym zresztą). Wspinamy się na stadion, podziwiamy inskrypcje, akustykę teatru i ogromne rozmiary świątyni Apollina, pijemy wodę ze źródła Kastalia, odwiedzamy tolos w Marmarii.
Stadion w Delfach pachnący sosnami jak wyspa Skiathos...
...i mój ukochany kraterek z postacią Apollina z muzeum w Delfach
Z Delf jedziemy do ukrytego w bezludnym zakątku monastyru Ossios Loukas. Kolorowe marmury, posadzki i mozaiki przywodzą na myśl wspaniałość budowli Stambułu czy Wenecji.
Wieczorem jemy kolację w Atenach; po kolacji wyruszamy obejrzeć miasto by night: wokół podnóży Akropolu roi się od gwarnych tawern i kafejek, a wieczorna iluminacja wydobywa z mroku wspaniałe szczątki Akropolu zawieszone nad miastem. Ciemny, cichy Pnyks jest niczym loża, z której oglądamy nocne Ateny i Pireus z błyskającymi na morzu światłami statków.

Nazajutrz o poranku, przed tłumami, wychodzimy na Akropol - przez pewien czas mamy Święte Wzgórze wyłącznie dla siebie. Kiedy przybywają tłumy, my wycofujemy się na Plakę a potem pod Parlament. O 14 opuszczamy stolicę Grecji, by za nieco ponad godzinę stanąć nad Kanałem Korynckim. Przepływający akurat statek jest dla nas szczęśliwym znakiem podróży. W Starożytnym Koryncie oglądamy marmurową kolumnę z wypisanym Hymnem do Miłości wg św. Pawła. Z tarasu tawerny, popijając świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, w złocistych promieniach słońca, oglądamy teren wykopaliskowy, widoczny stąd jak na dłoni.
Ruiny antycznego Koryntu widziane z tarasu tawerny
...z archaicznymi kolumnami świątyni Apollina i Akrokoryntem w tle
Później, wśród winnic i gajów cytrusowych Koryncji i Argolidy jedziemy do Tolo - znanego letniska nad zatoką Argolidzką.
Gliniana tabliczka z pismem linearnym B - muzeum w Mykenach
Następnego dnia oglądamy imponujący grób Agamemnona, kamienną budowlę z kilkusettonowych bloków kamienia, liczącą bez mała 3,5 tys. lat. Malutkie, ale bogate i intrygujące muzeum archeologiczne w Mykenach wprowadza nas w świat Achajów, których potężną twierdzę i nikłe szczątki pałacu oglądamy za chwilę.
Elegantka z nagim biustem - fresk mykeński
...i kuchenne utensylia sprzed 3 tysięcy lat
W Epidauros od starożytności pachnie żywicą piniową i ziołami - Grecy wiedzieli, gdzie założyć jedno z najsłynniejszych antycznych uzdrowisk. W słynnym, świetnie zachowanym amfiteatrze bawimy się niesamowitą akustyką. Tam też ustawiamy się do pamiątkowej rodzinnej fotografii.

Olimpia, nasza przewodniczka po Argolidzie z teatrem Epidauros za plecami. (okulary są urzekające...)
Nafplion wita nas słońcem, jaskrawą bielą odnowionych bruków i elewacji, wszechobecną bugenwillą.
Promenada Nafplionu nieopodal słynnej lodziarni Koystenis z pomarańczową lodówką...

Nafplion: meczet Vouleftiko z murami Akronafplii w tle.


Kiedy po południu wracamy do hotelu, którego balkony dosłownie wiszą nad morzem, większość z nas udaje się prosto na plażę. Woda w Tolo, położonym w głębokiej, zacisznej zatoczce, jest nadspodziewanie ciepła. Wieczór część ekipy spędza przy muzyce greckiej i lampce wina w Patricia Garden, uroczym barze z zielonym patio u pani Joli. Spotkanie przeradza się w wieczór wspomnień o najniezwyklejszych podróżach, jest trochę tańców (syrtaki obowiązkowo).
Pani Efrosini wyczarowuje pyszności w swoim mezedopolio Madrigali w Nafplionie
Kolejny dzień budzi się w niecodziennych monochromatycznych szarościach. Winny jest wiatr sirocco, który przyniósł drobniuteńki pył znad Sahary. W takiej pochmurnej szarości przejeżdżamy wśród kwitnącej makii interioru do Porto Heli, skąd kameralny stateczek kapitana Jannisa zabiera nas w całodzienny rejs wśród wysp argosarońskich. Wypływając z Porto Heli oglądamy rezydencje greckich i nie tylko greckich milionerów na brzegach - najwyraźniej możni tego świata ulubili sobie tutejsze zaciszne, pachnące piniami zatoczki.
Około południa zawijamy na Hydrę, która wita nas przebłyskami słońca. Jest tak ciepło, że kilka osób decyduje się na kąpiel w kryształowej wodzie obok jaskiń (Spilia), otwierających się w stromych skalistych brzegach wyspy. Każdy wędruje na własną rękę po białych zaułkach portu Hydra. Ja osobiście dokonuję kolejnego kulinarnego odkrycia w postaci tawerny Annita, w której kiria Annita własnoręcznie przyrządza pyszne domowe potrawy. Próbuję bakłażanów zapiekanych z fetą oraz fasolki szparagowej w oliwie i pomidorach - obie są wyśmienite. Siedząc na tarasie tawerny przy platii miasteczka Hydra, w głębi zabudowań, obserwuję transport towarów i materiałów budowlanych, odbywający się na grzbietach mułów. Inaczej się nie da, bo w miasteczku wszystkie ulice pną się schodami pod górę.

Hydra - w monochromatycznych szarościach tym razem
Z Hydry płyniemy na Spetses. Z roku na rok ta arystokratyczna wyspa staje się coraz piękniejsza za sprawą starannie odrestaurowywanych klasycystycznych rezydencji w bajecznie ukwieconych ogrodach. W stylowej Cafe Library w stuletnim hotelu Poseidonion przysiadam z Panią Łucją i Panem Erykiem na herbatkę i uroczą konwersację. Wieczorem spacerujemy po migającym światełkami, zapraszającym do tawern i kafejek Tolo. Odwiedzamy pracownię biżuterii artystycznej Carmen, prowadzoną przez sympatycznego Włocho-Hiszpano-Greka, a także sklepik z niezwykłymi kosmetykami na bazie oliwy z oliwek i mleka oślic. Właścicielka, Maria, pokazuje nam różne kremy i balsamy, które spektakularnie poprawiają wygląd skóry... Pozwalamy sobie na odrobinę luksusu ;).
Tego wieczoru dowiadujemy się, że w związku z niedawnym strajkiem floty zmieniono nam rozkład rejsu - aby popłynąć w wyznaczonym dniu, musimy zdecydować się na przeprawę do Ankony zamiast do Wenecji. W praktyce oznacza to krótszy rejs promem plus dodatkowe zwiedzanie starej Ankony oraz nocleg na włoskim wybrzeżu. Nieźle.
"Każdy ma prawo wypić sobie kawę - właśnie to powiedziałam"...
Następnego dnia rano wyruszamy z Tolo przez płaskowyż Arkadia do Lakonii, a dokładniej do jej stolicy, Sparty, oraz pobliskiej Mistry. W odróżnieniu od poprzedniego dnia, utrzymanego w monochromatycznych szarościach za sprawą wspomnianego pyłu znad Sahary, ten skrzy się słońcem i żywymi kolorami. Mistra zachwyca nas już z okien autokaru. Część grupy woli oglądać ruiny spacerując serpentynami, które zbiegają po zboczu na dolny parking. Ci, którzy przemierzają wraz ze mną kamienne, kipiące zielenią i kwiatami, alejki bizantyjskiego miasta-widma, nie posiadają się z zachwytu. Kościółki Mistry, eleganckie, harmonijne i... niepowtarzalne zachwycają kaskadami kopuł, fantazyjnymi murami tkanymi z cegły i kamienia, fragmentami wysokiej próby fresków we wnętrzach. W klasztorze Pantanassa maleńka, wiekowa zakonnica prowadzi nas do sklepiku z pięknymi haftami, wykonywanymi przez siostry - jedyne rezydentki wymarłego miasta. Po ponad dwu godzinach cieszenia oczu urodą Mistry zjeżdżamy w dolinę Eurotasu, do Sparty.
Śpiewam piosenkę na scenie hellenistycznego amfiteatru w Sparcie, w tle góry Tajget
Wykopaliska archeologiczne w wiekowym gaju oliwnym na tyłach miejskiego stadionu kontrastują ciszą z gwarem współczesnego miasta. Dotąd dostęp do wykopalisk był nieograniczony - w tym roku teren ogrodzono i ustawiono budkę z biletami - w chwili naszej wizyty jeszcze nieczynną. A więc i tutaj kończy się beztroska i zaczyna komercja... Na terenie wykopaliskowym archeolodzy wykopują potężne kamienne struktury architektoniczne z czasów rzymskich oraz nikłe szczątki antycznego akropolu. Czyż nie powiedział Likurg, słynny strateg Sparty, że nie mury stanowią o potędze polis, lecz mężne piersi obywateli? Najbardziej spektakularną budowlą wykopalisk jest wielki hellenistyczny amfiteatr z lekko tylko odsłoniętą spod ziemi caveą (widownią). Greckie inskrypcje na kamiennych blokach teatru świadczą o nieprzerwanej greckości tego miejsca... Jeszcze tylko fotka z Leonidasem, spoglądającym w dal onyksowymi oczyma - i opuszczamy Spartę.

Zachwycił mnie ten niepozorny mural w Nafplionie
Wśród wszechobecnych gajów oliwnych i coraz bardziej surowych krajobrazów zmierzamy na południe, ku wybrzeżom Lakonii. Nasz hotel, o adekwatnej nazwie Belle Helene, kryje się w rajskiej zatoce Vathy na zachód od Githionu.

Widok z tarasu hotelu Belle Helene: gaj oliwny a za nim plaża i morze
Od ryżowej plaży i lazurowego morza oddziela nasze tarasy szeroki trawnik i kilka starych drzew oliwnych. Wieczorem idziemy do tawerny Vasilisa, położonej na wysokim nadmorskim tarasie. Vasilis serwuje nam mezedes z owoców morza przyrządzonych na wiele sposobów, do tego wino i sporą dawkę dobrego humoru. Kiedy wracamy do hotelu tuż przed północą, drogę oświetla nam jasne światło księżyca.

Następnego dnia jedziemy na półwysep Mani - moje ulubione miejsce na Peloponezie. Tym razem Mani wita nas mżawką - rzecz niespotykana. Płyniemy łodziami przez jaskinie Dirou, później chodzimy uliczkami opustoszałej kamiennej wioski Vathia. W Vathii zza chmur wyziera słońce - Areopolis zwiedzamy już w jego promieniach. Po południu znowu ryżowa plaża i lazurowe morze.

Spilea Dirou - jedne z najpiękniejszych mokrych jaskiń na świecie

Pejzaż płw. Mani w nietypowych pochmurnych odcieniach.
Kolejny dzień jest ostatnim na greckiej ziemi. O ósmej rano wyruszamy z Githionu, aby przed południem dostać się do Olimpii. Jeszcze kilka lat temu byłoby to niemożliwe, dziś Peloponez przecinają dwie autostrady. Nasza zaczyna się tuż za Spartą, biegnie najpierw w kierunku Megalochori a potem na Kalamatę. Tuż za zjazdem na Kiparissię jest przy drodze stacja benzynowa Shell, przy której działa świetny sklepik z produktami regionalnymi. Wśród miodów, ziół, konfitur i mydeł oliwkowych wyróżniają się zwłaszcza znakomite sery owcze i kozie w różnych gatunkach. Kupuję wielką bryłę fety (po ok.8 € za kilogram) i kilogramowy krążek graviery (po 15€).

Lokalny produkt: kwiaty cukinii do nadziewania (przepis niebawem)
Do Olimpii dojeżdżamy zgodnie z planem o 11.30. Krajobraz w Elidzie całkowicie różni się od pejzaży Mani. Żółte wzgórza lessowe, porosłe bujną zielenią, szerokie koryto Alfiosu, tworzącego stawy i rozlewiska, ukwiecone ogrody, winnice. Sama wioska Olimpia znacznie zyskała na wyglądzie od zeszłego roku. Rozkwitła pod wpływem statków wycieczkowych, zawijających do pobliskiego portu w Katakolo. Dla licznych turystów z Ameryki, Niemiec, Japonii i Chin pootwierały się znów, jak przed laty, ładne tawerny i sklepiki z pamiątkami. Dobrze, bo Olimpia sprzed trzech-czterech lat była podupadła, opustoszała i smutna. Wykopaliska i wspaniałe muzeum archeologiczne zwiedzamy w towarzystwie mojej ulubionej przewodniczki lokalnej, Marii Loukaridou, która umiejętnie wprowadza słuchaczy w spirytualny wymiar antycznej Olimpii.

Olimpia w wiosennej szacie - zwykle bywa tu pochmurno...
Ruiny eleganckiego Filippejonu w Olimpii: ludzie rugują bogów z sanktuarium
Gimnazjon (od greckiego gymnos - nagi - tak trenowali lekkoatleci).
O 16.00, zgodnie z planem, stawiamy się w międzynarodowym terminalu promowym w Patrze. Wciąż panuje lekkie zamieszanie, związane ze zmianami rozkładów rejsów, spowodowanych niedawnymi strajkami. Koniec końców o 18.00 wchodzimy na pokład promu Olympic Spirit należącego do ANEK lines. O 19.30 zostawiamy za plecami port w Patrze, miasto i Helladę. Nie jest to całkiem precyzyjnie powiedziane, gdyż wciąż płyniemy wzdłuż greckich wybrzeży, wśród Wysp Jońskich, a około północy przybijamy do portu w Igoumenitsy, aby doładować do pełna TIR-y (na promie podróżuje wraz z nami około 200 ciężarówek z ładunkiem).

Wieczorem, zgodnie z kilkuletnią tradycją, spotykamy się w opuszczonej dyskotece promowej. Tam też spotyka mnie przemiła niespodzianka - w podziękowaniu za owocnie spędzony czas dostaję od grupy w prezencie przepiękną deskę do krojenia z drewna oliwkowego. Jestem wzruszona - z pewnością użyję prezentu jako rekwizytu na fotografiach do powstającej właśnie książki kulinarnej...
Jeszcze raz Państwu dziękuję - będziecie mieli swój udział w narodzinach arcydzieła ;). Po porządnej dawce śmiechu z dowcipów starych i nowych pozujemy do rodzinnego zdjęcia:

Tęczowa Grupa Peloponez'16. Ja z rzeczoną deską do krojenia.
Do Ankony przypływamy planowo, w blasku słońca leciutko chylącego się ku zachodowi. Port i miasto niepiękne, ma wszak urokliwe zakątki w postaci starówki w kolorze wypłowiałej cegły, przycupniętej pomiędzy dwoma zielonymi wzgórzami nad portem. Wyjeżdżamy autokarem na wzgórze Monte Guasco, zwieńczone białą, monumentalną sylwetą romańsko-bizantyjskiej katedry. Zarówno kościół, jak i cała Ankona stanowią celowe post scriptum do naszej greckiej wycieczki. Miasto zostało bowiem założone w IV w. p.n.e. przez Greków z Syrakuz; katedra stoi na fundamentach antycznej świątyni Afrodyty (tak głosi napis w kościele, w miejscu, gdzie odsłonięto fragment potężnych fundamentów), zaś w VI-VIII w. miasto było pod panowaniem Bizancjum. Katedra (XI-XIII w.) jest arcyciekawą strukturą: bizantyjską bazyliką krzyżowo-kopułową z przebogatym portalem romańskim. We wnętrzu zaskakuje długi transept z ołtarzami na podwyższeniach i niezwykły drewniany strop w kształcie odwróconego dna statku. W krypcie spoczywa mumia patrona kościoła, św. Kiriaka - w kryształowej trumnie i biskupich szatach. Ze wzgórza Guasco widać ruchliwy port towarowy z jasną sylwetką łuku Trajana, zbudowanego w 115 r. Jeszcze tylko rzut oka na ruiny amfiteatru rzymskiego i opuszczamy starą Ankonę - przez symboliczną bramę, czyli okazały łuk ku czci papieża Klemensa XII (który uczynił miasto wolnym portem w XVI w.).
Monumentalny portal bazyliki w Ankonie
O zachodzie słońca stajemy przed hotelem Continental w Gatteo a Mare - typowym włoskim letnisku zbudowanym wzdłuż szerokiej piaszczystej plaży. Setki leżaków i parasoli, ciągnące się kilometrami, wywołują w nas reakcję typu: "brrrrr - wracamy na ciche zadupia Grecji". Właściciele hotelu zaskakują nas wspaniałą, bogatą i pyszną ucztą na kolację, składającą się z ogromnego bufetu sałatkowego, pasty i pieczeni mięsnej. Osobiście zadowalam się sałatką z fasoli i podwójną porcją zjawiskowego szpinaku (mniam).

Nazajutrz o poranku ruszamy w kierunku Wenecji, a dokładnie rzecz biorąc wyspy (i miasteczka) Chioggia na południowym krańcu laguny. Zbliżając się do celu mijamy kilka potężnych ramion delty Padu (Po), z rozlewiskami wodnymi. W jednym ze stawów zauważamy wielkie stado białoróżowych flamingów...
Chioggia okazuje się urokliwym miasteczkiem o rybackich korzeniach. Wsiadamy na stateczek, który za 15€ w obie strony wiezie nas przez lagunę wenecką, wśród wysp, wysepek, łowisk i traktów wodnych. W niecałe półtorej godziny jesteśmy na nabrzeżu nieopodal placu św. Marka. Tegoroczna Wenecja poraża nieskazitelną bielą oczyszczonych elewacji wszystkich budowli wokół Piazza di San Marco. W Wenecji każdy realizuje swoje marzenia: jedni oglądają obrazy w Galerii della Academia, inni zwiedzają Pałac Dożów i Museo Correr, jeszcze inni oglądają mozaiki w bazylice San Marco... Potem spacer przez uliczki i placyki, mostki nad kanałami, do Ponte Rialto, który ledwo widać spod remontowych osłon...
O 20.20 opuszczamy Chioggię, by po 8 rano zakończyć podróż w Bielsku-Białej.

Pastelowa Chioggia

...niegdyś znaczący ośrodek rybołówstwa na lagunie



3 komentarze:

  1. Fantastyczna relacja z wojaży po Peloponezie.
    Oddaję się wspomnieniom. Byłam, podziwiałam. Maleńki raj na ziemi.
    Serdecznie pozdrawiam:
    Lucyna

    OdpowiedzUsuń
  2. Taaak, pod Meteorami znalazłam w rowie piękny kwiat, ale zanim się okazało, że to smocza lilia, padały zadziwiające sugestie, co do nazwy - wypadało się zarumienić słysząc je. Pani Wiesiu, pokazała nam Pani najpiękniej Grecję a w Pani opowieściach słychać było ten ciągły zachwyt - to rzadkie u przewodników z tak dużym doświadczeniem.
    Dziękuję i pozdrawiam,
    Maria

    OdpowiedzUsuń
  3. Pani Wiesiu!
    Podpisuję się obiema rękami pod tym co napisała Maria: "Pani Wiesiu, pokazała nam Pani najpiękniej Grecję a w Pani opowieściach słychać było ten ciągły zachwyt - to rzadkie u przewodników z tak dużym doświadczeniem". Przewodnicy z dużym doświadczeniem nagminnie nie wywiązują się ze swojej pracy. Spłycają zwiedzanie aby dla siebie mieć sporo wolnego, zawyżają bilety wstępu, nie rozliczają się z powierzonych pieniędzy. Biuro Tęcza powinno być dumne, że ma takiego przewodnika jak Pani.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń