26 października 2014

Kreta: Wąwóz Samaria, Psiloritis, Sfakia, Kissamos...

Plan naszej wyprawy na Kretę'14:

  1. dzień: Przylot do Chanii o 15:45, wypożyczenie auta na lotnisku, zwiedzanie półwyspu Akrotiri (monastyry Agia Triada i Gouvernetou, Stavros z plażą i nadmorskimi tawernami), przejazd do hotelu w Kissamos (1 godz.).
  2. dzień: Plaże w Paleochorze, Elafonisi i Falasarnie.
  3. dzień: Wąwóz Samaria z Agia Roumeli i rejsem do Chory Sfakion
  4. dzień: Okolice Iraklionu (Fodele, Agia Pelagia, góra Juchtas, Anogia)
  5. dzień: Całodzienna wspinaczka na najwyższy szczyt Krety, Psiloritis
  6. dzień: Leniuchowanie na plaży w Kissamos
  7. dzień: wcześnie rano przejazd do Chanii, wylot z Krety

Podróż

Sygnaturka kościółka na szczycie Juchtas
Dzięki tanim połączeniom lotniczym Katowice – Chania Kreta stała się celem łatwo osiągalnym. (Ryanair lata też z innych miast polskich, m.in. z Wrocławia). Nasz lot kosztował 550 zł/os. w obie strony. Wyruszyliśmy 10 października w samo południe przy pięknej bezchmurnej pogodzie. Oglądanie całej trasy z lotu ptaka było niezwykłą frajdą. Rozpoznaliśmy górę Żar, Fatrę słowacką, Wag, Dunaj, Budapeszt, Balaton, Wielką Nizinę, Belgrad, góry Bałkanów, wreszcie Saloniki, deltę Axiosu, masyw Olimpu, Ossy, riwierę tesalską z ukochanym Stomio, Evię, Parnas, Ateny z Pireusem, kanał Koryncki, góry Peloponezu, wyspy Argosarońskie (m.in. Hydrę i Poros), Kithirę i Antikithirę. O 15:45 wylądowaliśmy na lotnisku Daskalogianis obok Chanii.

Półwysep Akrotiri

Wyjście z samolotu było krokiem w gorące późne lato. Na lotnisku czekało już na nas autko, zamówione uprzednio przez Internet w rekordowej cenie 16 €/dobę. Błyskawicznie zrzuciliśmy bagaże (a głównie buty górskie, które trzeba było wieźć na nogach z powodu ograniczeń bagażowych) i udaliśmy się na przejażdżkę wokół półwyspu Akrotiri (po którego wschodniej stronie znajduje się lotnisko, a 13 km dalej na północ – port w zat. Souda).Ten kawałeczek Krety jakoś tak pozostawał na marginesie naszych eksploracji, tymczasem od dawna ciekawiły mnie jego zabytkowe monastyry (z ich powodu nosi nazwę Mały Atos), wioski i plaże.
Nie mówiąc o bazach wojennych i cmentarzu aliantów nad zat. Souda. Akrotiri ma kształt zbliżony do głowy w hełmie, którego górę tworzą skaliste wzniesienia o wysokości dochodzącej 528 m. Krajobrazy to jakby Kreta w pigułce: poszarpane skały, nadmorskie klify, plaże, gaje oliwne, senne wioseczki.
Na wstępie odwiedziliśmy dwa monastyry: Agia Triada parę kilometrów od lotniska i Gouvernetou oddzielony od reszty półwyspu pasmem skalistych wzgórz.

Agia Triada - jeden z monastyrów obronnych Krety
Ten drugi, otoczony murem z cichym rajskim ogrodem wewnątrz, to miejsce zapuszczone jednak o magicznej aurze. Byliśmy świadkiem spotkania przed furtą (zamkniętego) monastyru, kiedy to do bramy zakołatał stareńki zakonnik z długą siwą brodą, po czym wrota się uchyliły i stanął w nich mnich w małej szpiczastej czapeczce. Przez mgnienie mogłam zobaczyć dziedziniec  z ozdobną kamienną fasadą katholikonu zbudowaną w majestatycznym stylu weneckiego renesansu. Dwaj mężowie uścisnęli się na powitanie i znikli za drewnianymi wrotami.
Zamknięta furta Moni Gouvernetou
Przez furtkę w ogrodzeniu (otwartą nawet wtedy, kiedy klasztor jest zamknięty dla zwiedzających) przeszliśmy na północną stronę zabudowań, gdzie zaczyna się wąwóz schodzący do morza. W jego ścianie kryje się grota Arkudospilio, zwana tak od wielkiego stalagmitu w kształcie tytułowego niedźwiedzia. W głębokiej starożytności czczono tu ponoć Artemidę, której symbolem był niedźwiedź.
Spod klasztoru odjeżdżamy na przeciwny, północno-zachodni cypel Akrotiri, oddzielony skalnym masywem, do malutkiego, rozkwitającego kurortu Stavros. Obok piaszczystej plaży w zatoczce, oddzielonej mierzeją od pełnego morza, natrafiliśmy na stadko tawern. Naszą uwagę przyciągnęły stoliki przed odrestaurowanym wiatrakiem – piękne miejsce na romantyczną kolację o zachodzie słońca.

Smażone krewetki w tawernie Almiriki
Wybór okazał się trafny: smażone krewetki dorodne i wyśmienite, szaszłyki soczyste. Na deser zostaliśmy poczęstowani chałwą simigdalon – deserem, którego nie znoszę. Tutaj, tknięta przeczuciem, skosztowałam i doznałam olśnienia: była to najlepsza wersja ze wszystkich, których próbowałam w Grecji od 18 lat...
Do rachunku właściciele dodali śliczną karafkę tsikoudii – mocnej wódki z winogron – i tak oto zostaliśmy oficjalnie przywitani przez Kretę.
Tsikoudia: kreteńska nazwa wódki winogronowej
O zachodzie słońca pojechaliśmy wzdłuż zachodnich wybrzeży Akrotiri do Chanii, na krótkie zakupy spożywcze, po czym, nie zwlekając, pomknęliśmy do ukochanego Kissamos.

Kissamos

Kissamos Kastelli jest ostatnim miasteczkiem w północno-zachodnim narożniku Krety. Pierwszy raz odwiedziłam je w dość dramatycznych okolicznościach przed kilkoma laty (przyjechałam spóźnionym autobusem, którego kierowca zorganizował mi błyskawiczną podróż do portu, a taksówkarz zatrzymał prom do Githionu, aby na mnie poczekał, bo następny był dopiero za 4 dni...). Kolejnym razem przywiódł nas tutaj Geniusz Podróży, który zapoznał nas z Soulą i jej hotelikiem. Wtedy to, wraz z mężem i synem, spędziliśmy w Kissamos sielankowe dni wczesnego lata, połączone z odkrywaniem zachodniej Krety. Później była Wielkanoc 2012 roku z magicznym Wielkim Piątkiem. Tego dnia w kościele parafialnym sypano kwiaty na epitafios,  archimandryta z Atosu wygłosił porażające kazanie o gwiazdach i bożej miłości, a na głównej ulicy częstowano tsikoudią, rakomeli i miodem podczas dorocznego jarmarku. Wraz z Soulą i jej rodziną biesiadowaliśmy wesoło w kuchni, piekąc w międzyczasie wielkanocne ciasteczka. Kąpiel w chłodnym morzu rozgrzewała jak ogień, a cała wyspa tonęła w oceanie kwiecia.
Andrzej z Soulą - dobrą wróżką z hotelu Mandy

I oto znowu jesteśmy w Kissamos. Jest ciepły wieczór, wracają zapachy i wspomnienia. Soula wita nas serdecznie jak zwykle, promienna i ciekawa nowin. Dostajemy śliczny mały apartamencik na pierwszym piętrze, idziemy spać, a spokojny sen zakłócają nam sztormowe fale, rozbijające się o nabrzeże pod naszym balkonem.
Następnego dnia wstaję o wschodzie słońca (nie jest to zbyt trudne, bo wschodzi ono o 7:30), wychodzę na balkon i chłonę widok na morze ograniczone skalistym półwyspem Rodopou po prawej i Gramvousa po lewej stronie. Zastanawiam się, na czym polega czar Kissamos i dochodzę do wniosku, że jest to miejsce dalekie od zadeptania przez masowy turyzm, do tego naznaczone silnym kolorytem lokalnym. Nie wygląda jak kurort, ludzie żyją tu po swojemu i nie zostali zepsuci przez komercję, nieodłącznie towarzyszącą niekontrolowanemu rozwojowi przemysłu turystycznego. Dzieciaki chodzą grupkami do szkoły, mężczyźni wyjeżdżają na okoliczne pola swoimi rolniczymi pikapami, kobiety krzątają się w malutkich ogródkach i na tarasach domów. Po dwu dniach znamy się ze wszystkimi sklepikarzami.

Plaże zachodniej Krety


Nie pacyficzna laguna tylko plaża Elafonissi


Elafonissi 
Jest sobota. Mieliśmy jechać do wąwozu Samaria, jednak nie daliśmy rady  zwlec się z pościeli wczesnym rankiem. Zmieniamy więc plany i jedziemy na wycieczkę na różne piękne plaże w okolicy bliższej i dalszej. Pierwszym celem jest Paleochora – osada na południowym wybrzeżu Sfakii. Miasteczko z sympatycznym, usianym knajpkami i sklepikami deptakiem pośrodku, leży na cyplu rozdzielającym dwie plaże. Ta po lewej (wschodniej) stronie, którą wybieram instynktownie, jest kameralna, słabo zagospodarowana i usiana białymi otoczakami różnej wielkości, które potęgują jeszcze krystaliczny lazur odcienia wody. Przy plaży stoi kilka tawern i kameralnych pensjonatów. Po zachodniej stronie Paleochory ciągnie się szeroka plaża, o rudym pylistym piasku, takim, jakiego najbardziej nie lubię. Jest tam pełno leżaków i parasoli, choć zdarzają się i dzikie zakamarki. Wokół tej plaży skupiają się bary i w ogóle cały zgiełk.

Paleochora - kamienista plaża po wschodniej stronie

Jak wyżej

Jak wyżej

Paleochora - piaszczysta plaża po stronie zachodniej

Pływamy, wygrzewamy się na ciepłych kamykach a po południu szukamy czegoś do zjedzenia. Andrzej dostaje pyszną giropitę z souflakiem a ja odkrywam restaurację wegetariańską, w której podają rozmaite rarytasy w rodzaju nadziewanych kwiatów cukinii czy sałatki z buraków i awokado. Kolejnym celem jest Elafonissi – pacyficzna laguna o białym i różowym piasku, położona na dzikim, prawie bezludnym południowo-zachodnim koniuszku Krety. 

Elafonissi I

Elafonissi II

Biały i różowy piasek na Elafonissi

Białe wydmy i wzorowo chroniona przyroda wokół plaży Elafonissi

Jedziemy tam najpierw malowniczymi wąskimi drogami przez gaje oliwne, pomarańczowe i zapyziałe wioseczki, a następnie nową szeroką szosą przez wąwóz Kakodikianos. Na parkingu przy plaży stoją setki aut a nawet autobusy. Sama plaża zaskakuje bogactwem przyrody (różne gatunki roślin ogrodzono płotkami i opisano), doskonałą organizacją, ekologicznymi rozwiązaniami i... czystością. Od czasu, gdy odwiedziliśmy Elafonissi przed kilkoma laty, pojawiły się sklepiki z artykułami plażowymi, parę placówek gastronomicznych i więcej leżaków. Dalej jednak większa część plaży pozostaje wolna, podobnie jak śliczne połacie aksamitnego białego piasku na wysepce Elafonissi (na którą można dojść brodząc po płytkich wodach laguny). Cóż, Elafonissi urzeka kolorami: białym i różowym piaskiem oraz niezliczonymi odcieniami błękitu i turkusu, którymi mieni się morze. Spędzamy tam trochę czasu, po czym udajemy się w dalszą drogę.

Widok z drogi pomiędzy Stomio a Keramoti

Nadmorska równina na południe od Falassarny - zagłębie foliaków, jedno z wielu na wyspie

Dzięki naszej doskonałej mapie niemieckiego wydawnictwa Kompass udaje nam się znaleźć skrót wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy. Zamiast cofać się do Kefali, jedziemy wąziutkimi traktami przez Stomio, Livadię i Keramoti. Droga pnie się po stromym zboczu wysokości ok. 600 m, oferując oszałamiające widoki na dzikie wybrzeża. Mijamy kilka wiosek, charakterystycznie dla Krety wklejonych w urwiste zbocza poniżej poziomu drogi (w ten sposób przejezdny wcale nie widzi zabudowań).

Słynny rudozłoty piasek w Falassarnie

jak wyżej

Falassarna: Megali Paralia (Wielka Plaża)

Tuż za Platanos zjeżdżamy znowu w dół, na wybrzeże. Zielona równina w tym miejscu srebrzy się od foliaków. Nieco na północ rozciąga się ogromna plaża Falasarna, oznakowana po prostu jako Megali Paralia (Wielka Plaża). Hektary rudego sypkiego piasku ciągną się jak okiem sięgnąć. Aż dziw, że miejsce to wciąż pozostaje tak słabo zagospodarowane. Jedyne wytłumaczenie to chyba to, że mieszkańcy bardziej zajmują się tutaj żyzną ziemią niż inwestowaniem w turystykę. Choć pewno i na to przyjdzie czas. Na razie w bezpośrednim sąsiedztwie plaży prawie wcale nie ma pokoi ani hoteli (są za to pola i ogrody); pojedyncze budynki zaczynają wyrastać na zboczu ponad Falasarną.
Na plaży Falasarna oglądamy zachód słońca (jesteśmy w końcu na zachodnim wybrzeżu wyspy). Po zakończonym spektaklu wracamy do nieodległego (ok. 13 km) Kissamos.

Wreszcie: Samaria!

Wycieczkę do Wąwozu należy odbyć środkami komunikacji publicznej z tej prostej przyczyny, że wejście jest znacznie oddalone od wyjścia, nie ma jak wrócić po samochód. Z Chanii (oraz z Retymnonu i Iraklionu – z przesiadką we Vrisses) jadą rano dwa autobusy KTEL do Omalos przy wejściu do Samarii (7:45 i 8:45; 6,9€). U wylotu Wąwozu, na przystani w Agia Roumeli, czekają dwa promy, które o 17:30 zabierają tłum turystów do Paleochory na zachodzie lub Chory Sfakion na wschodzie. My wybieramy drugą opcję; krótszą i tańszą (7,6€) podróż powrotną do Chanii.
Wyjeżdżamy z Kissamos o 7.05. Przed ósmą jesteśmy w Chanii, zostawiamy auto nieopodal dworca KTEL (na szczęście jest niedzielny poranek; w tygodniu nie byłoby tak łatwo znaleźć miejsce przy ulicy...). Mamy jeszcze sporo czasu do odjazdu autobusu, idziemy więc na spacer po uroczej starówce, aż do starego portu. W uliczkach panuje odświętna cisza, z katedry Marii Panny dobiega nas zapach kadzideł i mistyczne śpiewy porannej liturgii. Weneckie nabrzeże wypełnione jest różowym światłem poranka; właściciele tawern powoli rozwijają markizy i myją marmurowe trotuary. Po zjedzeniu niezawodnej spanakopity wracamy na dworzec. Po chwili wyjeżdżamy z miasta nowiutkim komfortowym autokarem. Do Omalos jest zaledwie 36 km, jednak karkołomne serpentyny przez Góry Białe wydłużają podróż do trzech kwadransów. Przejeżdżamy przez gaje pomarańczowe i ukwiecone wioski, z których najładniejsza, Lakki, tkwi na stromym grzbiecie górskim przy drodze.

Ksiloskala - "drewniane schody" zbiegają kilkaset metrów po ścianie Samarii
... i trudno tam o samotność

O 9:50 jesteśmy na miejscu, czyli w Ksiloskala („drewniane schody”). Jest tu duży parking, tawerna i punkt kontrolny Parku Narodowego Gór Białych. Wkładam górskie buciory, Andrzej kupuje bilety (5€/os.) i zaczynamy wędrówkę przez jeden z najdłuższych wąwozów Europy (13 km pomiędzy wejściowym i wyjściowym punktem kontrolnym). Przez pierwsze dwie godziny schodzimy po północnej ścianie wijącą się, kamienistą ścieżką wśród lasu złożonego z sosen kalabryjskich i rozłożystych cyprysów. Pachnie igliwiem i żywicą, las jest wyschnięty na pieprz, co kawałek są stacje przeciwpożarowe. Co około 45 minut urządzono wodopoje (w wąwozie nie ma całorocznych źródeł wody, toteż poprowadzono ją z płaskowyżu Omalos przy pomocy... grubego gumowego węża).
Jeden z punktów wypoczynkowych na szlaku

Samaria - koryto potoku jeszcze na północnej ścianie wąwozu

Samaria - zapowiedź festiwali skał
-
Samaria - najbardziej zaskoczyła mnie ilość drzew w wąwozie

jak wyżej

jak wyżej

Chwilami wąwozem płynie potok, który potem gdzieś znika

Po lewej u góry: szczyt Psari

Na razie brak spektakularnych widoków, nie licząc wyniosłych, skalistych wierzchołków Psari (1817m) i Mavri (1883m), prześwitujących spomiędzy drzew. Po około 3 godzinach wędrówki docieramy do dawnej, opuszczonej osady Samaria, która dała nazwę wąwozowi. Nie ma w niej żywego ducha, nie licząc tabunów głośnych turystów z Niemiec i Francji oraz dwu samic koziorożca kreteńskiego z młodymi, krążących wśród ludzi w nadziei poczęstunku (którego zabraniają liczne tablice). W osadzie jest kilka wodopojów i liczne ławki, na których można odpocząć przed dalszą wędrówką. Ja postanawiam zmienić obuwie z traperów na sandały na grubej podeszwie, bo buty dokuczają mi bardziej niż kilometry pokonywane po kamieniach. W okolicach łupkowej tablicy na 8. kilometrze zaczynają się tzw. spektakularne widoki: wyniosłe pionowe ściany kanionu popękane w tak niezwykły sposób, że trudno to opisać słowami (na szczęście mamy zdjęcia).
Samaria: wreszcie ten Wąwóz!

jak wyżej

jak wyżej

To już dziesiąty kilometr wędrówki przez Wąwóz. Czujemy nogi.

Samaria: festiwal skał

Samaria: festiwal skał II

Słynne Sideroportes (Żelazne Wrota) - z widokiem na wąż, którym płynie woda przez wąwóz

jak wyżej

Samaria: festiwal skał III

Samaria: festiwal skał IV

Samaria: festiwal skał V

Samaria: festiwal skał VI

Samaria: festiwal skał VII

Samaria: festiwal skał VIII
Samaria: festiwal skał IX

Samaria: festiwal skał X

Jak ta sosna rośnie w tej skale?

Samaria i ja

Samaria: festiwal skał XI


W tej części wąwozu znajdują się osławione Sideroportes („Żelazne Wrota”), czyli miejsce, gdzie obie ściany wąwozu (liczące na oko co najmniej 500 m w górę) zbliżają się do siebie na odległość 3,5 m.
Około 16:00 mijamy dolny punkt kontrolny, przy którym są dwie kafejki. Przysiadamy na świeży sok pomarańczowy (2,5€), jednak odpoczynek zakłócają nam znani już z wąwozu turyści niemieccy. Tu trzeba dodać, że w sezonie trasę tę przemierza dziennie do 2 tys. osób. My mieliśmy trochę więcej szczęścia, bo tego dnia przyjechało tylko kilkanaście autokarów :(.

Kafejka przy wyjściu z Wąwozu - tu się pije świeży sok z pomarańczy

Samaria: Kapliczka? Schron pasterzy?

Agia Roumeli: kamienny stary most ponad wyschniętą rzeką

Od punktu kontrolnego do wybrzeża trzeba iść jeszcze ok. 3 km po betonowej drodze. Na niecierpliwych czeka busik, który za 1,5€ zawozi na nabrzeże Agia Roumeli. My idziemy pieszo, oglądając po drodze zabytkowe mosty, zamek na skale, kościółki. Wychodzimy wprost na plażę z białych otoczaków i od razu zrzucamy ubrania i zanurzamy umęczone ciała w kryształowym morzu.  Promy czekają już na przystani; w stosownym momencie kupujemy bilety (11€) w budce przy równoległej do nabrzeża ulicy w głębi zabudowań.
Agia Roumeli: Kastro ponad wioską

Agia Roumeli, w dali piaszczysto-żwirowa plaża

Agia Roumeli: niesamowicie przejrzyste morze


Wioska Agia Roumeli widziana z odpływającego statku
Agia Roumeli z bliska okazuje się sympatyczną miejscowością o kilku uliczkach otoczonych tawernami i budkami gastronomicznymi. Wszędzie oferują świeże ryby w konkurencyjnej cenie 9€ za porcję. Po przeciwnej (zachodniej) stronie przystani rozciąga się druga, tym razem piaszczysta plaża. O 17:50 odpływamy w kierunku Chory Sfakion. Czeka nas godzinny rejs w złocistych promieniach zachodzącego słońca, które oświetlają surowe wybrzeża Sfakii.  Z pokładu widzimy schodzące do morza urwiska, pęknięcia wąwozów, bezludne plaże i parę osad, w tym odizolowane od świata, dostępne tylko łodzią, urocze Loutro.
Wąwóz Samaria od strony morza

Samotna kapliczka na dzikich wybrzeżach Sfakii

Samaria nie jest jedynym wąwozem Gór Białych... Wąwóz Aradena widziany z morza

Loutro dostępne jedynie od strony morza - idealne miejsce na spokojne wakacje


Przed 19. dopływamy do celu – wspominamy wiosenną Chorę Sfakion sprzed paru lat, kiedy tonęła w żółtym kwieciu, w którym robiliśmy sobie zdjęcia...


Chora Sfakion w blasku zachodzącego słońca
Wsiadamy w autobus do Chanii. W niecałe dwie godziny docieramy do celu. Jest ciepły wieczór, a ślicznie oświetlone uliczki Chanii zachęcają do spaceru. Na zakończenie wchodzimy do cukierni na bajeczne trigones - trójkątne ciastka nadziewane kremem waniliowym. Późnym wieczorem wracamy do Kissamos. Nie podejrzewam, z jakimi zakwasami powitam następny dzień...

Kolejny dzień wstaje różowym porankiem. W nocy morze uspokoiło się na tyle, że można było spać przy otwartym oknie (pierwszy raz od przyjazdu). W związku z tak dogodnymi okolicznościami przyrody (oraz wspomnianymi wcześniej zakwasami, które nie pozwalają mi zejść po schodach :(() postanawiamy spędzić ten dzień na plaży. Bardzo lubię plażę w Kissamos (tę żwirową przy promenadzie, nie tę piaszczystą przy hotelach), bo na brzegu ma gładkie kamyki różnego kalibru (zdarzają się też wysepki piasku), za to dno w morzu – piaszczyste. Woda jest przyjemnie ciepła, szacujemy, że ma jakieś 28 stopni. Po każdej kąpieli kładę się wprost na rozgrzanych słońcem kamykach i chłonę energię: ziemi i słońca. Tego dnia mamy prawdziwe wakacje – cieszymy się swoim towarzystwem i pichcimy razem nasze ulubione wakacyjne danie w postaci fasolki szparagowej, ziemniaczków i jajka sadzonego. Wieczorem idziemy wcześnie spać, bo nazajutrz wyruszamy na wyprawę.

Cel: Psiloritis

Wstajemy o 6 rano, jemy śniadanko, wsiadamy do naszego czerwonego autka i wyruszamy. Plan jest następujący: udamy się w okolice Iraklionu, gdzie odwiedzimy Fodele i Agia Pelagia, potem wyjedziemy na górę Juchtas, potem do Anogii, gdzie zatrzymamy się na nocleg przed jutrzejszym wejściem na najwyższy szczyt Krety – Psiloritis.
Jedziemy główną drogą wzdłuż północnego wybrzeża, mijając port w zat. Souda, wioski Vamos i zjazd w kierunku jeziora Kournas.

Szmaragdowe wody jeziora Kournas - jedynego naturalnego akwenu słodkowodnego Krety

Po jez. Kournas mozna popływać rowerkiem wodnym w kształcie "garbiego'

Wszystkie te miejsca znamy z poprzednich wizyt na Krecie – zwłaszcza śliczne jezioro, po którym pływają dorodne gęsi, a w świetnych tawernach na brzegu można skosztować znakomicie przyrządzonych sfakiani pita – smażonych pierożków z serem i miodem. Po godzinie jazdy z Kissamos wjeżdżamy do Georgioupoli – bezpretensjonalnego rozkwitającego kurortu – za którym ciągnie się wzdłuż drogi kilka kilometrów dzikich piaszczystych plaż. Po chwili mijamy Rethymno – jedno z najładniejszych miast Krety, łączące walory zabytkowej miejscowości z kurortem otoczonym piaszczystymi plażami. A propos kurortów, w tej części wyspy jest kilka sympatycznych miejsc, m.in. Skeleta (przycupnięta pod klifem) czy Bali (w malowniczej zatoczce otoczonej amfiteatrem skał).
Za niecałe dwie godziny od wyjazdu jesteśmy w Fodele. Wioska, rozreklamowana jako miejsce narodzin Domenikosa Theotokopoulosa, znanego lepiej jako El Greco, stała się atrakcją turystyczną, do której zawijają autokary z TUI i podobnych biur podróży.

Bizantyjski kościółek Marii Panny w Fodele
Ciekawi turyści wędrują przez nieco zapyziałą i wioseczkę, w której nie ma nic oprócz paru sklepików z pamiątkami, no i oczywiście Muzeum. Można pod nie podjechać samochodem, my zostawiliśmy auto na parkingu na skraju zabudowań i teraz wędrujemy drogą wśród gajów pomarańczowych i ogrodów. Bogactwo wegetacji jest uderzające – wokół wszystko albo kwitnie, albo owocuje. Z daleka zauważamy piękny proporcjonalny kościółek bizantyjski Marii Panny stojący nieopodal muzeum El Greco. Samo muzeum jest zespołem kamiennych budyneczków w uroczym ogrodzie, zrekonstruowanych jakoby na gruzach posiadłości Theotokopoulosów. Ekspozycja ogranicza się do kilkunastu podświetlanych, średniej jakości reprodukcji najsłynniejszych obrazów Mistrza (stworzył ich około 115) wraz z cennymi informacjami, w którym muzeum znajdują się oryginały oraz do gablotek z wycinkami prasowymi (tylko po grecku) na temat powstania muzeum (można tam wyśledzić zdjęcia kilku potomków rodu Theotokopoulos). Przy muzeum działa kafejka z kilkoma stolikami na dziedzińcu. Myślę, że wypicie tam kawy w cieniu morw i granatów, przy wtórze ciszy, cykad czy śpiewu ptaków, jest największym doznaniem, które można zapamiętać z tego miejsca.
Przed muzeum ElGreca

Po wizycie w muzeum zjeżdżamy nad morze, do Paralia Fodele. Kolejny rozkwitający kurort ma pastelową, nowoczesną zabudowę na zboczu, która z bliska okazuje się wielkim resortem z parkiem wodnej rozrywki (znacznie mniejszym niż te obok Chanii czy Iraklionu). Plaża piaszczysta (z pylistego piasku, jakiego nie lubię), dość szeroka, przy niej parę tawern. Całość nie rzuca na kolana, a tym bardziej nie zachęca do dłuższego pobytu.
Paralia Fodele. U góry po lewej widoczne zjeżdżalnie wodne parku rozrywki.
Odjeżdżamy więc dalej na wschód i w południe lądujemy w naszej ulubionej miejscowości wypoczynkowej okolic Iraklionu – Agia Pelagia. Mamy tam ulubiony hotelik Sirena, świetnie zlokalizowany, nie drogi i ogólnie uroczy. Zwykle okupowały go biura z różnych krajów zachodnich. W tym roku zastąpił je Mouzenidis – znany w całej Grecji operator obsługujący Rosjan. Cóż... Na wszelki wypadek obejrzeliśmy jeszcze kilka okolicznych małych trzygwiazdkowców, tak na następny raz. Wobec narastającego upału (mimo połowy października) udajemy się na plażę.

Plaża w Agia Pelagia

Agia Pelagia leży w zatoczce u stóp stromego zbocza i ma dość wąską plażę, której niewielkie gabaryty rekompensuje niewiarygodnie kryształowe morze. Sama plaża jest po części pokryta grubym rudawym piaskiem a po części białym żwirkiem o kubaturze kaszy pęczak. Na takim żwirku uwielbiam wygrzewać się po morskiej kąpieli, bo jest ciepły, a nie klei się do ciała tak, jak piasek. Po kilku kąpielach zasypiamy błogo na plaży.



...i jeszcze raz plaża w Agia Pelagia

Widok z restauracji Oregano

A później udajemy się na pyszny, świetnie podany obiad do restauracji (tak tak, jest wyraźnie napisane: estiatorio) Oregano.
To się nazywa profesjonalna obsługa


w roli głównej: Tsipoura 
Z Agia Pelagia na szczyt góry Juchtas dostajemy się w niespełna półtorej godziny. Trasa prowadzi najpierw obwodnicą Iraklionu, z której zjeżdżamy w kierunku Knossos i Archanes. Przejeżdżamy obok terenu wykopaliskowego Knossos, gdzie sir Arthur Evans wymyślił rekonstrukcję (częściową) minojskiego pałacu sprzed 4 tysięcy lat. Trzeba przyznać, że Minojczycy świetnie zlokalizowali swoją domniemaną stolicę: na pagórku w zielonej dolinie osłoniętej wzgórzami i oddalonej bezpiecznie od morza (dziś 8 km, wtedy zapewne było inaczej).  Greckim zwyczajem osada miała swój port – dzisiejszy Iraklion. 

Góra Juchtas

Tak Grecy piszą nazwę Juchtas
Mijamy kilka zadbanych, bogatych wiosek rolniczych i widzimy masyw góry Juchtas, tylko nie możemy znaleźć drogi wjazdowej na szczyt. Pytam brodatego pasterza, który  zakrzywionym kijem pasterskim spędza owce z drogi. W zmiękczonym dialekcie kreteńskim tłumaczy, że trzeba pojechać główną drogą ze dwa kilometry za wioskę, bo wjazd znajduje się po południowej stronie góry. Tak też jest: Po prawej stronie drogi zauważam drogowskaz: Giouchtas 5.

Jedna z absyd kościółka Chrystusa Króla
Po dobrych szutrowych serpentynach wśród lasu wjeżdżamy pod szczyt (811 m n.p.m.). Na południowym wierzchołku stoi oświetlony krzyż i kościółek Chrystusa Króla, na północnym las przekaźników.


Gdzieś w ich cieniu, niedostępna za ogrodzeniem, tkwi grota Anemospilia – mroczna tajemnica Minojczyków – którzy najwyraźniej składali w niej ofiary z ludzi. Archeolodzy znaleźli w niej szkielety, nóż i kamień do składania ofiar. Przy kamiennej ścieżce z parkingu do sanktuarium minojskiego urządzono mini ogród botaniczny w postaci tabliczek opisujących (bardzo różnorodną) florę masywu. Warto dodać, że na górze Juchtas rośnie kilkanaście gatunków leczniczych ziół, z czystkiem i oregano dictamnus na czele. Nie trzeba dodawać, że ze szczytu rozpościerają się szerokie widoki na Iraklin, równinę Mesaria, okoliczne zielone doliny i masyw Psiloritis (Ida).

Wymowne wotum spod ikony

Cudowne ikony poznaje się po zawieszonych wotach od wiernych
Zaczyna zapadać zmierzch, kiedy krętą drogą przez Tilissos jedziemy do Anogii. Serpentyny zdają się nie mieć końca. Wreszcie wjeżdżamy do wioski owianej sławą kreteńskich partyzantów wszystkich epok i kreteńskich lirników. Tuż przy wjeździe wita nas pomnik Nikosa Ksilourisa – najsłynniejszego barda Krety, który urodził się w Anogii, wygrał w San Remo, obalił juntę czarnych pułkowników, nagrał kilkanaście płyt z muzyką kreteńską i zmarł przedwcześnie na nowotwór mózgu. W egipskich ciemnościach wchodzimy do pierwszej napotkanej tawerny, aby zapytać o pokój do wynajęcia. Dorodny wąsaty Kreteńczyk o przenikliwych oczach (zauważamy, że wszyscy rodowici Kreteńczycy są: a. co najmniej wąsaci, a najczęściej brodaci, b. dorodni, c. mają szatańskie oczy z błyskiem namiętności, przy czym równie dobrze może to być miłość jak nienawiść) wyciąga komórkę i rozmawia z jakąś panią. Po chwili rozpromieniony kieruje nas do hoteliku Aristea, gdzie będzie czekać na nas starsza pani w czerni. „Jest trochę surowa, ale to złote serce” – rzuca na pożegnanie nasz rozmówca.

Aristea

Pani Aristea, maleńka energiczna staruszka, prawie siłą wciąga nas do swojego hotelu. Tłumaczymy, że poszukujemy taniego pokoju z aneksem kuchennym, a ona na to, że z aneksem to ona ma po 60, no, po 50 €. Mówię, że nasz budżet absolutnie nie przewiduje takiej kwoty, więc może wobec tego poszukamy dalej. Na to babcia proponuje 30€. Dalej za dużo, ale przystajemy. Nie wiemy, za co zapłaciliśmy, bo kiedy przyglądamy się bliżej naszemu pokoikowi z kuchnią i kominkiem, okazuje się, że jest to dwukondygnacyjny apartament z dwiema łazienkami, przytulną sypialnią i dwoma tarasami widokowymi. Pukamy do drzwi, za którymi znikła Aristea, aby zapłacić za nocleg, bo nazajutrz mamy w planie wcześnie wyjechać w góry.
Pani Aristea
Babcia staje w drzwiach, zaprasza nas do przestronnej kuchni obwieszonej fotografiami rodzinnymi. Sadza przy stole, wyjmuje butelkę tsikoudii, orzechy i rodzynki z własnego ogrodu. Po chwili do kuchni wchodzi jakiś mężczyzna. Okazuje się, że też jest turystą, który przyjechał z Izraela i zwiedza wyspę w towarzystwie żony. Siadamy, zaczynamy wszyscy rozmawiać popijając trunek. Pytam Aristeę, czy pamięta spalenie Anogii przez Niemców w 1944 r. Odpowiada, że oczywiście. Była wtedy czteroletnią dziewczynką. Z wioski wszyscy mężczyźni poszli w góry, do partyzantki. Na miejscu pozostały kobiet i dzieci. Któregoś dnia do wioski wpadli hitlerowcy, zapędzili je do szkoły i mieli zamiar podpalić. Partyzanci zagrozili im, że wszystkich wymordują, jeśli odważą się to zrobić. Wobec tego Niemcy wygnali kobiety i dzieci do gajów oliwnych poniżej wsi i podpalili zabudowania wraz z całym dobytkiem. „Wyszliśmy z domu w tym, co mieliśmy na sobie – wspomina Aristea – a potem nie mieliśmy już niczego. Marzliśmy. Przeżyliśmy zimę w Iraklionie, a potem powoli odbudowaliśmy wioskę.” Aristea nosi się na czarno. Jest wdową od 23 lat. „Mąż był dobrym człowiekiem. Mamy troje dzieci. Dwie córki żyją i pracują w Iraklionie, syn jest tutaj ze mną, dogląda naszego stada owiec. Na co zmarł mąż? – oczywiście na raka płuc. Wszyscy tutaj kopcą jak lokomotywy, a potem umierają młodo” – kwituje Aristea. Jadąc do hotelu z centrum wsi zauważamy kafenijon, w którym siedzą miejscowi mężczyźni. Wszyscy z brodami i wszyscy w czerni. „To na znak żałoby po spaleniu Anogii. W tym roku obchodzimy 70-lecie tamtych wydarzeń”. Czym się zajmujecie w zimie, kiedy nie ma turystów? – pyta żona Izraelczyka – nie nudzicie się? Nudzimy się? – dziwi się Aristea – zaraz zbiory kasztanów jadalnych, później przez całą zimę zbieramy oliwki. A winogrona? Trzeba zebrać, ususzyć na rodzynki, upędzić tsikoudię... Mamy mnóstwo pracy przez cały rok. I jedzenia pod dostatkiem. Wszystko domowe. Jajka, jagnięcina, sery, jogurty, rodzynki, granaty, orzechy i wódkę. Tylko pieniędzy coraz bardziej nam brakuje. Na haracz dla państwa. Ciągle podnoszą podatki.
Miniaturowa kapliczka z ikoną na Psiloritisie
Muszę zapytać jeszcze o lirników. Anogia słynie jako kolebka talentów oraz z tego, że można posłuchać tu najlepszych mantinades na całej wyspie. „Oj, to źle trafiliście. Teraz wszyscy są w polu. Przy owcach, oliwkach, kasztanach. Co innego zimą. Wracają do domów, wyciągają liry i zaczynają grać. Albo na weselach. Albo latem. Na wszystkich panigiriach. Nie tylko w wiosce. Wszędzie naokoło jest pełno kapliczek i monastyrów. Latem w święto patrona cała wioska wspina się do takiej kapliczki, przynoszą jedzenie, trunki, liry. Jedzenie kupuje rodzina, która postawiła kapliczkę. Ludzie biesiadują, lirnicy grają na lirach i śpiewają rizites. Największe panigiri jest 16 sierpnia. Przyjedźcie, to zobaczycie.”
W kuchni u Pani Aristei
Nie pozostaje więc nic innego, jak nastawić radio na częstotliwość 92,4. Z głośnika popłyną to ekstatyczne, wirujące dźwięki liry, to znowu przeciągłe lub stłumione lub głębokie męskie wokale, wyśpiewujące niezliczone zwrotki na temat namiętności, cierpienia i wolności. (Dzięki Netowi można też zabrać do domu ducha Krety i tam go wypuścić. Słuchamy Radio Rizites do upadłego.)
Kiedy buteleczka z tsikoudią pokazuje dno, grzecznie się żegnamy. Na pożegnanie Andrzej robi mi pamiątkowe zdjęcie z Aristeą. „Idźcie spać, dzieci, jutro musicie wstać o świcie, aby wyjść na wasz Psiloritis. Pamiętajcie, z Anogii trzeba jechać jeszcze godzinę w góry. Potem cztery godziny na szczyt i trzy godziny z powrotem. A wcześnie robi się ciemno. Kali nichta!”

Wyprawa na najwyższy szczyt Krety

Nazajutrz wstaję przed wschodem słońca.Wychodzę na taras, a przed moimi oczyma ukazuje się wspaniała panorama zamglonych gór, nad którymi delikatnie rysuje się różowa jutrzenka. Po chwili wschodzi słońce. Z drzewka przy drzwiach zrywam jeden pęknięty owoc granatu i rozkoszuję się słodko-cierpkim smakiem soczystych pestek. Cisza, wilgotny zapach jesieni, uśpiona wioska. Przez głowę przemyka mi myśl o raju.

Widok z tarasu hotelu Aristea w Anogii (o wschodzie słońca)

Po śniadaniu i wypiciu przepysznej herbatki z ziół zebranych na górze Juchtas opuszczamy gościnną Anogię. Dobrą drogą wśród gór jedziemy na płaskowyż Nida, gdzie bierze początek (chyba najdłuższy i najbardziej upierdliwy) szlak na Psiloritis. Jest słoneczny, bezchmurny poranek. Po drodze mijamy licznych Kreteńczyków w rolniczych pikapach. Widok ich przenikliwych spojrzeń i brodatych twarzy w połączeniu z podziurawionymi przez kule znakami drogowymi rodzi w nas przeświadczenie, że każdy z nich ma karabin pod siedzeniem. Co staje się tematem naszych prywatnych żartów. Po chwili rozumiem, że większość mężczyzn z wioski pracuje przy stadach. Stada są nieprzeliczone. Co rusz natrafiamy na pasterzy a nawet na scenkę, jak kilku mężczyzn zapędza stado na platformę wielkiej ciężarówki. (Przy wyjeździe z Anogii działa wytwórnia serów i jogurtów owczych). W pewnej chwili wyjeżdżamy spoza gór ponad rozległy zielony płaskowyż Nida ścielący się u naszych stóp.

Stada owiec na zielonych pastwiskach płaskowyżu Nida

Początek szlaku na Psiloritis: w tle kościółek Analipsi

Przy samotnej, opuszczonej tawernie jest koniec asfaltu i początek szlaków turystycznych. Bierzemy na plecy nasz skromny ekwipunek i ruszamy w drogę. Trzeba przyznać, że szlak jest bardzo enigmatycznie oznakowany.


Tak oznaczono szlak na Psiloritis
Z parkingu wyrusza bowiem oznakowany czerwonymi kropkami trakt na południe (po którym pędzą pikapy), szeroka bita droga (w kierunku gór) i oznakowane tabliczką schodki na zachód. Nigdzie nie ma słowa o Psiloritisie. Ale uwaga: najwyższego szczytu dotyczy określenie Timiou Stavrou, ponieważ wieńczy go ułożony z kamieni kościółek Krzyża Świętego (Timios Stavros).



Popas przy kamiennym schronie w drodze na szczyt

To nazywam upierdliwym szlakiem
Tak więc, z perspektywy półgodzinnego zakręcenia wśród tych szlaków wiemy już, że z parkingu należy iść za tabliczkami Ideon Andron i Analipsi. Pierwsza oznacza jaskinię Ida, oddaloną o ok. 650 m, druga – kamienną kaplicę p.w. Analipsi, położoną na polance 250 m od parkingu. Przy kapliczce szlak rozwidla się: w prawo do jaskini, w lewo na Psiloritis (Timiou Stavrou). Po kilku krokach wygodną bitą drogą szlak schodzi na stromą ścianę masywu po zachodniej stronie płaskowyżu Nida. Ścieżka, uczęszczana przez kozy, pnie się wśród popękanych skał i głazów, bez odrobiny cienia. I tak będzie do końca. Psiloritis jest przedziwnym, pozbawionym drzew masywem, który pokrywa kamienna pustynia pokruszonych łupków wapiennych poprzetykanych kolczastymi kępami frygany. Krótko mówiąc: księżycowy krajobraz.

Masyw Ida - Psiloritis I

Masyw Ida - Psiloritis II

Masyw Ida - Psiloritis III

Masyw Ida - Psiloritis  IV

Masyw Ida - Psiloritis V

Masyw Ida - Psiloritis VI

Masyw Ida - Psiloritis VII

Upierdliwy kamienny szlak oznakowany dwiema czerwonymi kropkami na kamieniach


Ikony w Timiou Stavrou na Szczycie
Nie jest to wymarzona droga. Idzie się ciężko, wciąż trzeba patrzyć pod nogi. Po pokonaniu stromej ścieżki biegnącej dnem wąskiego wąwozu wychodzimy na pierwszą przełęcz (ok. 1 ½ godz.). W swoim naiwnym przekonaniu mam nadzieję, że wyszliśmy co najmniej połowę drogi na grań szczytową. Na przełęczy zostawiamy butelkę z wodą. Przy przestrzelonej z broni palnej stalowej rurce, na której kiedyś było oznaczenie szlaku spotykamy samotnego turystę, z którym konsultujemy trasę. Dalsza droga trawersuje dość stromo zbocze z popękanych głazów, które usuwają się spod nóg. Za nim grań, potem znowu strome popękane zbocze i następna grań. Szlak raz wznosi się stromo w górę, raz trawersuje wąwozy. Po ok. 3 ½ godz. na szlaku pojawia się kamienny schron. Siadamy na popas. Trzeba koniecznie założyć czapki i wiatrówki, bo wieje lodowaty (tutaj?) wiatr od północy. Z pewnością jesteśmy już z 2 tys. metrów npm. Kilkaset metrów od kamiennego schronu zauważamy po północnej stronie masywu parking na końcu asfaltowej drogi, z którego wspina się ścieżka do miejsca, w którym stoimy. Na podstawie mapy identyfikujemy to miejsce jako drogę z wioski Livadia. Obliczamy, że z tamtego miejsca jest bliżej na najwyższy szczyt co najmniej o dwie godziny uciążliwej wspinaczki. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli o tej opcji...
Ostatni odcinek biegnie ścieżką ponad głębokim osypiskiem, potem jeszcze jedno ostre podejście. Ostatnia prosta stromo trawersuje szczyt. O 14:20 (po niespełna 5 godzinach wędrówki) stajemy przy sygnaturce kościółka Timiou Stavrou.

Pamiątkowe zdjęcie przy sygnaturce

I pomyśleć, że Kreteńczycy wnoszą tu te gary z jedzeniem, liry i ze wspina się tu cała wioska, kiedy 8 września (lub 9?) odbywają się tu jedne z owych słynnych panigiriów... Dla nas też jest święto – wspólnym wejściem na Psiloritis upamiętniamy rocznicę ślubu. Samotny turysta (niemiecki, jak się okazuje...) robi nam pamiątkowe zdjęcie. Na szczycie wieje silny północny wiatr, jednak od południa przy ścianie kościółka jest zacisznie i ciepło od słońca. Pod nogami mamy równinę Mesaria, góry Sfakii i wyspę Gavdos. Kiedy przechodzimy na wietrzną stronę, widzimy po pierwsze... studnię (chyba z deszczówką?) a po drugie całe północne wybrzeże środkowej Krety z białą plamą Iraklionu. Podobno przy dobrej widoczności można stąd zobaczyć Cyklady, dziś niestety nie. Niebo jest bezchmurne, ale wysoka temperatura indukuje charakterystyczną mgiełkę, która psuje nam widoczność. Zostajemy na szczycie przez całe 45 minut. Droga w dół okazuje się nie tak oczywista. Ścieżka wśród kamiennej pustyni oznakowana jest tylko w górę... toteż udaje nam się zboczyć ze szlaku. W konsekwencji obchodzimy od południa (zamiast od północy) jeden ze szczytów masywu, co zabiera nam dodatkowo ok. pół godziny. Dochodzi 17 kiedy z ulgą (dzięki znakomitej orientacji i zimnej krwi mojego męża) odnajdujemy szlak. Trzeba śpieszyć się z zejściem, aby nie zastał nas zmrok. Nie dość, że oznakowanie szlaku jest niewyraźne, to jeszcze ostatni odcinek prowadzi karkołomną ścieżką trawersująca stromo zbocze nad płaskowyżem Nida. Szczęście jednak nam sprzyja – w ostatnich blaskach zachodzącego słońca wkraczamy na szeroki trakt, który zbiega ku kościółkowi Analipsi, ok. 300 m od parkingu.

Kościółek Analipsi przy początku szlaku
Kiedy zrzucam przepocone ubranie i z ulgą zmieniam buty, nad płaskowyżem Nidy rozbłyskują gwiazdy. W całkowitej ciemności i ciszy pakujemy rzeczy i odjeżdżamy.
Za niecałą godzinę docieramy do Anogii, gdzie postanowiliśmy zjeść kolację w tawernie u sympatycznego Kreteńczyka, który polecił nam hotel Aristei. Tawerna Skalomata, której specjalnością jest baranina z rożna, ma przestronne oldskulowe wnętrze, które mój małżonek określił mianem mordowni. Centralne miejsce zajmuje masywny stalowy rożen, na którym kręci się płat baraniny. Całości dogląda wąsaty starszy pan, jak się później okazuje senior rodu.

Zamawiamy kotlet z rusztu dla Andrzeja i oczywiście baraninę dla mnie. Mięso jest wyśmienite, abstrahując od nieco przestygniętych frytek (ale za to ze świeżych ziemniaków). Na deser dostaję tsikoudię oczywiście, mąż jako kierowca musi zadowolić się talerzem dzikich drobnych winogron. Całość jest nieco zgrubna, lecz autentyczna i pełna uroku. Po kolacji zagaduję niewinnie Janisa, syna właściciela, o nagminnie podziurawione znaki przy drogach w okolicy. Z szelmowskim błyskiem w oku mówi: „cóż, lubimy tu sobie postrzelać...” Brzmi to rozbrajająco.

Bardzo rasowi mężczyźni z Anogii
Okazuje się, że w wiosce działają liczne koła strzeleckie, a ludność przechowuje broń pozostałą po wszystkich powstaniach na Krecie. Amunicję sami dorabiają do przedpotopowych strzelb. Strzelają dla rozrywki, przy okazji wesel czy odpustów. Ich celne oko budzi szacunek: w drodze na Psiloritis zauważamy stalową rurkę przestrzeloną idealnie na wylot z czegoś, co pozostawiło centymetrowe dziury. Przed wyjściem pytam siwego pana przy rożnie, co czuje, kiedy do jego tawerny przychodzą Niemcy (z pewnością pamięta spalenie Anogii). „Słuchaj – mówi – podczas wojny zdarzają się takie rzeczy. Teraz wszyscy Europejczycy są jednym narodem.” Ciekawa jestem, czy Niemcy wypłacili wiosce odszkodowanie i za co mieszkańcy (głównie pasterze owiec) odbudowali dość okazałe domy. Dzisiaj nie ma czasu na zadanie tych pytań. Następnym razem. Około 21 opuszczamy Anogię. W niespełna 3 godziny Andrzej dowozi nas do Kissamos. Tej nocy nie budzą nas nawet komary.

Pixida znaczy kompas

Dzisiaj nasz ostatni dzień na Krecie. Robimy sobie wakacje. Pogoda plażowa, toteż okupujemy naszą plażę nieopodal hotelu. Pływamy, wygrzewamy się na słońcu. Wieczorem wybieramy się na uroczystą rocznicową kolację do pobliskiej restauracji Pixida. Bardzo sympatyczna hostessa, Chrisa, nakrywa odświętnie nasz stół. Czytamy menu obszerne jak książka telefoniczna. Tak bogatej oferty nie widzieliśmy dawno w żadnej restauracji.
Zamawiamy smażone kabaczki i blanszowane dzikie zioła na przystawkę, do tego baraninę w bakłażanach z glinianego garnka i baraninę duszoną z ziemniakami.  W tak zwanym międzyczasie w restauracji pojawia się jej właściciel – olbrzymi brodaty Kreteńczyk, Janis.
My jesteśmy właśnie przy deserze, na który podano milopitę (delikatną, lekko słodką i subtelnie aromatyczną) w tak znakomitym wydaniu, że pytam Janisa, kto ją przyrządził. Przedstawia nam Popi – panią, która tego dnia pełni rolę szefa kuchni. Nie omieszkamy wyrazić uznania dla dzisiejszych kreacji kulinarnych. Zaczynamy pogawędkę z właścicielem, który oczywiście częstuje nas... tsikoudią (wyjaśniając, że raki to wyraz pochodzenia tureckiego, więc on woli tsikoudię). Pytam go o wina z Krety. Opowiada o swoich produktach pozyskiwanych ze starej odmiany czerwonego szczepu, której nazwy nie zapamiętałam. Mówi, że ma wina piętnasto i trzydziestoletnie, które leżakują w dębowych beczkach – tylko dla przyjaciół. Po chwili Chrisa przynosi dla nas po lampce piętnastolatka. Smakuje jak delikatne brandy. Janis pyta, czym wracamy do domu (niestety tani lot uniemożliwia zabranie do domu jego płynnego podarku...). Podczas miłej pogawędki rozmawiamy i o globalizmie, i o niewiarygodnie niskich cenach pomarańczy w skupie (7€ za skrzynkę), i o reeksporcie greckiej oliwy przez Włochów, i o tym, jak trudno jest sprostać dobrej kuchni wyzwaniom szybkich czasów (np. proste ugotowanie świeżego makaronu zajmuje minimum 15 minut, więc większość restauracji gotuje go na zapas i odgrzewa w mikrofali; jeśli ktoś nie idzie na taki kompromis, ma szansę stracić klientów, którzy nie chcą tak długo czekać...). Dowiadujemy się, że kupno jagnięcia o tej porze roku graniczy z cudem (bo jagnięta rodzą się na wiosnę).
Popi - Mistrz Kuchni z szefem Janisem


 Na zakończenie robimy pamiątkowe zdjęcie Janisa i Popi, dostajemy elegancki pamiątkowy breloczek z nazwą restauracji (która po grecku oznacza kompas) i udajemy się na spoczynek.
Nazajutrz rano trzeba dostać się na lotnisko, oddać auto i opuścić wyspę.
Po powrocie do domu pozostaje nam tylko słuchanie piosenek Nikosa Zoidakisa i... planowanie następnego wyjazdu na Kretę.

Nikos Zoidakis



Nikos Zoidakis - Tęsknię za tobą, dziewczyno




Nikos Zoidakis - Gdy Bóg zamierzał stworzyć świat...


Όταν εσκέφτηκε ο Θεός
When God thought
"Gdy Bóg zamierzał

να φτιάξει τον πλανήτη
to make/fix the planet
stworzyć świat

επήρε πέτρες και νερό
he took rocks and water
wziął skały i wodę

και χώμα από την Κρήτη
and soil from Crete.
i glebę z Krety

Όταν εσκέφτηκε ο Θεός
When God thought
Gdy Bóg zamierzał

τη γη να σχηματίσει
the land to form
stworzyć lądy

είπε η Κρήτη θα 'ναι έπα
he said Crete will be here
rzekł: niech się stanie Kreta

κι ελεύθερη θα ζήσει
and freedom will live
i niech żyje wolność

Τη λευτεριά ρωτήσανε
They asked freedom
Pytali o wolność

ποιάς μάνας είναι γέννα
what mother is birth
z którą rodziła ich matka

και είπε πως τη γέννησε
and said she gave birth
i powiedział że zrodziła ją

το Κρητικό το αίμα
to Cretan blood
kreteńska krew

Μες στη ματιά του Κρητικού 
in the eyes of the Cretan
W oczach Kreteńczyka

βλέπεις τον ψηλορείτη
you see Psiloritis
Widzisz Najwyższego
(nazwa najwyższego szczytu wyspy)

στο πρόσωπο του φαίνεται
the face appears
W jego twarzy odbija się

ζωγραφισμένη η Κρήτη,
Crete, painted/depicted
malownicza Kreta
(...)

Όλου του κόσμου το χρυσό
All the world's gold
Za całe złoto świata

να στρώσουν να πατήσω 
to pave I step(?)
rozłożone u moich stóp

για να σ' αφήσω Κρήτη μου
to leave you my Crete,
żebym cię opuścił

εγώ δε θα σ' αφήσω
I will not leave you
Ja cię nie opuszczę

τίποτα δε θα σ΄ αφήσω
nothing, I will not leave you
za nic cie nie opuszczę

κι όλου του κόσμου τα νησιά 
and all of the world's islands
i nawet jeśli wszystkie wyspy tego świata

που 'ναι στον πλανήτη 
which are on the planet
które są na tej planecie

να τα ενώσεις δεν μπορούν
to combine them can not
połączą się w jedno, nie są w stanie


να κάνουνε μια Κρήτη
make one Crete
stworzyć jednej jedynej Krety".
(przekład mój)

Koniec wakacji - wnętrze Boeinga 737

2 komentarze: